Kliknij w kubek
i dowiedz się, jak go wygrać!

comments post
Studenckie gotowanie. Proste, smaczne przepisy! Niekoniecznie z ryżem. Kuchnia studencka w najlepszym wykonaniu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mąka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mąka. Pokaż wszystkie posty

Suflet z pora

Autor: misiuziu czwartek, 10 kwietnia 2014, 11:30 komentarze: (0)
Nie wiem, czym jest suflet, ale to podobno to. Zainspirowałem się tym wpisem, ale oczywiście musiałem trochę pozmieniać :P

Składniki:
  • por
  • serek wiejski
  • 3 jajka
  • mąką (ze 3 łyżki)
  • proszek do pieczenia
  • ser (najlepiej jakiś słony)
  • sól i pieprz

Uwaga, przepis mega trudny. Podaje skróconą wersje:
1. Miksujemy wszystko razem
2. Pieczemy

Trudno coś tutaj więcej napisać, naprawdę. Wrzucamy wszytko do blendera (po za mąką) i miksujmy na jednolitą masę. Następnie dodajemy mąki, aby całość lekko zagęścić. Masę przelewamy do foremek (tak do 3/4 wysokości) posypujemy potartym serem i do piekarnika, na około 40 minut (temperatura 180-200 stopni).

Zanim przelejecie masę do foremek, nasmarujcie je jakimś tłuszczem :)

Zbrudzone naczynia i nie tylko:
  • blender
  • naczynie do pieczenia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Fasolka w stylu podróżnika

Autor: misiuziu poniedziałek, 4 czerwca 2012, 11:30 komentarze: (0)
Miałem kupić fasolę, ale się pomyliłem i zakupiłem jakąś gotową zupę (taki ale gulasz). Smaczny był nie powiem, ale najważniejsze, że przypomniał mi dawno zapomniany smak - taki z biwaków :) Więc poszedłem na zakupy i zrobiłem coś pysznego.

Składniki:
  • fasolka konserwowa Jaś jedna puszka
  • groszek konserwowy, puszki pół
  • olej
  • kiełbasa, sztuk 2 (takie nieduże)
  • odrobina mąki do zagęszczenia
  • cebula
  • koncentrat pomidorowy, dwie łyżki stołowe
  • sól, pieprz, papryka i czosnek granulowany

Zaczynamy od pokrojenia cebuli na pół-talarki - teoretycznie można na drobną kosteczkę, ale w tym daniu powinno się ją czuć :) Tak samo robimy z kiełbasą - znaczy kroimy w kostkę a nie w talarki. Wrzucamy na patelnie i podsmażamy. Kiełbasa musi się podsmażyć, a cebula lekko przypiec. Cebula może być twarda i tak się potem dogotuje.

Wrzucamy fasolkę (razem z zalewą), dolewamy 1-2 szklanki wody. Na początku myślałem, że zalewa z fasolki wystarczy, ale się cebula nie chciała utopić. Czekamy chwilę (jakieś 5 do 10 sekund) następnie dorzucamy pół puszki groszku (bez zalewy). Patrzymy jak wszytko razem pięknie wygląda :)

Dosypujemy przypraw: sól, papryka i pieprz (sporo papryki, ma być ostre), czosnek granulowany (taki wyciskany świeży będzie na pewno lepszy) oraz majeranek. Majeranek nasypujemy na rękę i rozgniatając go drugą ręką wsypujemy do patelni. Majeranku powinno być także dość sporo.

Chwilę gotujemy - ale niezbyt długo (fasola i groszek nie mogą się rozpaść). Na sam koniec dolewamy do tego pół szklani wody rozrobione z mąką - i ostania chwila czekania, aż całość zgęstnieje.

Najlepiej podawać w menażkach lub metalowych kubkach. Do tego grubo krojony chleb. Pyszności :)

Zbrudzone naczynia i nie tylko:
  • kubek
  • patelnia
  • deska i nóż
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Fondue - czyli podróż do Szwajcarii i na zad

Autor: misiuziu środa, 9 maja 2012, 21:49 komentarze: (4)
Taki mały wstęp na początek - miałem zwiedzać Europę stopem i tak uczyniłem. Odwiedziłem mojego przyjaciela Wojtka w Szwajcarii. Uraczył mnie on smakołykami narodowymi (między innymi fondue). I to jest przepis jak zrobić je w domu oraz moja relacja z podróży. Będzie sporo zdjęć (albo i nie), jeden filmik i wpis będzie lekko przy długi (ostrzegam, zanim zaczniecie czytać).

Składniki:
  • ser, potarty, dojrzewający (taki szwajcarski najlepiej) i ede coś tam
  • wino białe, półwytrawne (wiem, bo próbowałem specjalnie :P)
  • gałka muszkatołowa
  • pieprz
  • mąka kukurydziana (ale może być zwykła)
  • chleb

Zaczynamy od postawiania garnku na kuchence. Garnek winień być grube dno, najlepiej ceramiczne, aczkolwiek taki z powłoką teflonową też się nada. Wrzucamy sera, dolewamy trochę wina (oczywistym jest, że nie znam dokładnych proporcji, bo po co :P). Jak się wszystko ładnie topi to mieszamy to łyżką (albo widelcem). Nie można dopuścić, żeby ser się przypalił.

Dodajemy pieprzu oraz gałkę muszkatołową. Mieszamy dalej. Na sam koniec dosypujemy trochę mąki, tak około dwóch łyżek stołowych. Jeszcze chwilę trzymamy na ogniu i gotowe. Stawiamy to na podwyższeniu, na stole, a pod spodem odpalamy podgrzewacz. Wojtek miał taki żelowy w kolorze niebieskim (tak musi wyglądać posoka szatana!).

Tak to mniej więcej wtedy wygląda



Kroimy chleb w kawałki mniej więcej 2-3 cm. Nabijamy chleb na widelec, maczamy w serze i cieszymy się jak dzieci :) Zupełnie jak ja na tym filmiku :P




----

A teraz opis podróży.

Dzień pierwszy
Był poniedziałek. Czekałem cierpliwie, aż wyschnie mi pranie - bo przecież po co przygotowywać się do podróży wcześniej niż poprzedniego dnia wieczorem :P Ale w końcu wyruszyłem. Gdzieś koło 12 pojawiłem się na autostradzie. Czemu tak późno? Bo Wojtek wracał we wtorek do Szwajcarii, więc nie mogłem przyjechać przed nim :)

Zastanawiałem się, jak bardzo trudno będzie złapać stopa (tak jakoś nie podobał mi się wyjazd z Wrocławia na autostradę). Poszło świetnie - 10 minut i już jechałem. Podwiózł mnie gościu, który pracuję na wysokościach - w tym momencie zajmuję się we Wrocławiu pielęgnacją i ratowaniem drzew. Zostawił mnie przy jakiś zjeździe z autostrady. A ja dalej miałem dobra pasję - kilkanaście minut i jechałem dalej.

Tym razem jechałem z tancerzem mieszkającym w Rotterdamie. Właśnie tam jechał. Nawet pytał, czy nie chce jechać jednak z nim :P Jednak musiałem odrzucić tą propozycję (głównie dlatego, że chciał, żebym się dołożył na paliwo). Nie pamiętam gdzie mnie wysadził, ale też jakoś bezproblemowo złapałem stopa.

Jechałem z kierowcą busa - jeśli dobrze pamiętam, to zajmował się montażem ogrodzeń. Jeździł po Europie, mierzył co tam miał mierzyć, a później jechali montować ogrodzenia. Radosny to był człowiek :) Jak mu powiedziałem, gdzie jadę i po co ("dwa dni jazdy do Szwajcarii, dwa dni tam i dwa dni powrotu"), to usłyszałem szczere i radosne "Ochujałeś?!" :D

Wysadził mnie tutaj:


Wyświetl większą mapę


Ogólnie to wszyscy chcieli jechać w górę, a mnie zależało żeby pojechać przez Zgorzelec. Na szczęście w tym właśnie miejscu, zaraz przez rozjazdem wybudowali stację benzynową ze sporym parkingiem dla tirów. Przeszedłem się po tirach i 10 minut później już jechałem w stronę Norymbergi. Dojechałem z panem tirowcem mniej więcej tutaj:



Wyświetl większą mapę


Czyli jakby nie patrzeć, to zrobiłem kawał drogi. Jeszcze po drodze przez CB radio załatwił mi podwózkę busem do Norymbergi. Na parkingu nastąpiło przekazanie autostopowicza i jechałem dalej :) Tym razem z młodym kolesiem z Legnicy. Chciałbym zauważyć, że słońce do tej pory grzało nie miłosiernie, a dopiero w tym samochodzie była działająca klimatyzacja :) Cóż za radość i szczęście!

Ogólnie to planowałem poprzestać ten dzień na parkingu (bo przecież nie mogłem dojechać za szybko!). Spokojnie otworzyłem paczkę rodzynków i odpoczywałem. Spotkałem na tym parkingu dwójkę autostopowiczów, nasza rozmowa wyglądała mniej więc tak:

-Hello.
-Hi.
-Where are you from?
-Poland.
-No my też :)


Okazało się, że jadą z Gdańska na Chorwację i biorą udział w zawodach autostopowych. Szukali podwózki do Monachium. Stwierdziłem, że mi się nie spieszy, więc odpuściłem sobie rozmowę z tirowcami. Stanąłem za to na wylocie parkingu. Chciałem do Stuttgartu, a złapałem stopa do... Monachium. Nie wiem po jaką cholerę wsiadłem (bo przecież nie tam chciałem jechać). Dojechałem po Monachium ze świadomością "nie wiem, jak jechać dalej, ale Kinga tędy jechała do Wojtka, więc napiszę do niej, bo na pewno się da". Jak pomyślałem tak zrobiłem. Dostałem odpowiedź, że ona jednak zrezygnowała z jazdy przez Monachium.

Normalnie to powinienem się przejmować, ale miałem wakacje i poważniejsze problemy (wiewiórki rzucały w mój namiot nie wiem czym, ale były dzikie i szalone!).

Dzień drugi
Rano patrzyłem na tą mapę, i nie widziałem jakieś sensownego wyjścia jazdy. Nie mówię, że nie ma takiej drogi, której można by pojechać. Po prostu tej drogi nie było na mojej maleńkiej mapie :P Ale, kto by się przejmował :)

To był mały parking (bardzo mały), martwiłem się, że nic tutaj nie złapie. Nie potrzebnie. Przepuściłem pięć samochodów i już jechałem. Z Niemcem, który jechał do Monachium na kemping. I tutaj mam pewne wątpliwości, bo nie do końca go zrozumiałem, albo jego samochód miał 29 lat, albo on od 29 lat jeździł na kemping do Monachium :) Taki szczegół :P

Przejechałem z nim całą obwodnice, nadrobił dla mnie nawet kawałek drogi i wylądowałem na wylocie w stronę granicy z Austrią. Czyli wylądowałem gdzie tutaj:


Wyświetl większą mapę


Wylądowałem na podobny parkingu co wcześniej, ale również nie było problemu ze złapanie stopa. Tym razem jechałem z Martiną i jej córeczką. Standardowa reakcja na wiesz o tym gdzie i jak jadę "You are crazy!". Świetnie mówiła po angielsku więc zacząłem się wprawiać w rozmowę (po podróże po obcych krajach uczą i kształcą). Przejechałem z nią jakieś 50 km i zostałem na stacji benzynowej.

Już się zastanawiałem nad tym, czy by nie zmienić planów i nie pojechać do Włoch (bo jakoś to rozsądniej wyglądało). I tak siedziałem sobie na plecaku, nieogolony, włosy sterczały mi w każdą stronę i tak od nie chcenia wystawiałem rękę. Zatrzymała się dziewczyna, Francuska. I jechała baaaardzo w moją stronę, czyli przejechałem z nią resztę Niemiec, Austrię oraz praktycznie całą Austrię. O taką drogę (mniej więcej):


Wyświetl większą mapę


Dziewczyna była sympatyczna, studiowała w Zurychu, świetnie prowadziła (naprawdę) i pomimo tego, że nie znała drogi to jakoś dojechaliśmy :) Później zostało mi już tylko 40 minut jazdy do Lozanny.

Trochę w złym miejscu stanąłem, ale wszyscy chcieli mi pomóc i kierowali mnie w inne miejsce. Wszystko spoczko, tylko, że każdy wskazywał inny, przeciwległy koniec miasta. Z tej chęci pomocy podwiózł mnie koleś przed miasta i zostawił na stacji benzynowej (bo tam podobno wszyscy jadący do Lozanny przejeżdżają). No to stanąłem. I czekałem ze dwie godziny. Masakra, być 40 minut od celu i nie móc dojechać.

W końcu się udało. Zabrali mnie dwaj kolesie, którzy robili zdjęcia dla WikiMedia :) Jeden z nich był na kole podbiegunowym (albo gdzieś w okolicach). Sympatyczni :) Podwieźli mnie pod samą klatkę u Wojtka. Tam czekałem z godzinę, aż Wojtek się obudzi i wpuści mnie do środka :P

Jeszcze tego samego dnia wyszliśmy na coś w rodzaju kopca (bo wiadomo, że najlepsze kopce to są w Krakowie, a reszta to tylko marna imitacja). Piękny widok na alpy tam jest :) O taki:



A później jeszcze do portu. W porcie mnóstwo jachtów, którymi można śmiało pływać po morzu (ja pływam mniejszymi :P). I ogólnie przyjemno :)

Dzień trzeci
Po przebudzeniu oglądałem sobie widoki z okna. Miałem widok na Mont Blanc. Znaczy miałbym, gdyby jedna góra go nie zasłaniała. I gdyby drzewo nie zasłaniało góry, która zasłaniała Mont Blanc. Ale prawie go widziałem!

Po śniadaniu (i robieniu kanapek na drogę) ruszyłem na podbój miasta. Lozanna położona jest na zboczu wzgórza więc ciężko zabłądzić (idąc pod górę, idzie się na północ, idąc w dół - na południe). Ma to też swoje minusy - tam nie ma płaskich ulic - wszędzie trzeba się wspinać :P

Mając to wszystko na uwadze, a także rozmowę z Wojtkiem na temat tego, co warto zobaczyć, zacząłem zwiedzanie miasta od góry. Znaczy wlazłem gdzie się dało najwyżej, a później schodziłem. Na wielkiej górce pod miastem, stałą sobie wieża. Wieża była drewniana, z wielkich kawałów drewna zrobiona. Istne cudo. Żeby wejść do tej drewnianej wieży, trzeba było nacisnąć elektroniczny guzik (oczywiste przecież). W sumie to dobrze, że Wojtek mi o tym powiedział, bo wszędzie napisy były tylko po francusku.

Widok z wieży - cudeńko. Wprawdzie było trochę chmurek, ale i tak było pięknie. Postałem, nacieszyłem się widokiem i ruszyłem dalej, w stronę włochatych świń (niestety, nie mam ich zdjęcia). Były dość leniwe, w ogóle się nie ruszały. Tylko jedna mała, włochata świnka (strasznie urocza) próbowała wskoczyć na swoją mamę :)

Widziałem tam też parę innych zwierząt - jakieś króliki, kozice i krowy. Krowy złowrogo gryzły trawę i mnie obserwowały. Były też jakieś rybki - mniej więcej grubości mojego uda (czyli ze 3 dni taką rybę by się jadło). I pływały jak rekiny (z płetwą grzbietową nad wodą).

Schodząc w dół oglądałem co nieco (w sumie to dużo) i starałem się zabłądzić (bo tak właśnie lubię zwiedzać). Na sam koniec zaszedłem jeszcze do portu i do parku olimpijskiego (nareszcie jakieś napisy po angielsku!). Fajnie, ładnie, uroczo.

Później obiad i pojechaliśmy z Wojtkiem do biblioteki. Tak fajnego budynku to w życiu nie widziałem! Wyglądał, jakby projektowali go Polscy robotnicy, którzy właśnie wrócili od szwagra z imienin. Podłogi były krzywe (tak do paru metrów różnicy między poziomami), dużo szkła (całe ściany to praktycznie samo szkło) a do tego skrzydło bez książek, ale z poduszkami. Wojtek mówił, że to sypialnia - bierze się poduszki (które sobie tam leżą), układa się wygodnie na nich i patrząc na alpy zasypia. Genialnie po prostu.

No i wracając usiedliśmy na huśtawce i się bujaliśmy :)

Potem jeszcze powrót, kolacja, trochę pogadaliśmy (noce Polaków rozmowy, czyli jak ma na imię orzeł z monet? Ustaliliśmy, że na pewno Rafał) i spać.


Dzień czwarty
Do godziny 17 nie różnił się znacząco od dnia poprzedniego - błąkałem się po mieście, pstrykałem zdjęcia, zwiedziłem muzeum historii miasta (bardzo jestem zadowolony, że poszedłem akurat do niego). Na koniec wylądowałem w parku (koło placu zabaw) i pospałem a trawce, łapiąc słońce (teraz mi przez to schodzi skóra z nosa).

Znalazłem też ciekawą rzecz - otóż miejscowa katedra jest ozdobiona... latającą krową. Poniżej zdjęcie na dowód:



Później się dowiedziałem, że to prawdopodobnie jedna z bestii z apokalipsy, ale dla mnie zawsze pozostanie latającą krową :)

Jakby ktoś chciał zobaczyć resztę zdjęć, to są tutaj.

No i na koniec dnia, pojeździliśmy jeszcze z Wojtkiem rowerami po winnicach. Moja kondycja została przetargana na wszystkie strony :P

Co mi się w oczy rzuciło, w ciągu tych dwóch dni:

Ludzie bardzo chcieli, żebym przeszedł przez ulicę. Wystarczy podejść do przejścia, a już się wszyscy zatrzymują, żeby Cię przepuścić.

Służby miejskie odkurzają tam chodniki. Mają takie wielkie odkurzacze i chodzą odkurzając (to niby tłumaczy, dlaczego tak tam czysto ;P).

Każdy budyneczek, każdy jeden bez wyjątku jest strasznie zadbany. Jakby co dopiero wyszedł spod rąk jakiegoś konserwatora. Ślicznie to wygląda, jak się zwiedza.

Fontanny są wszędzie. Do tego leci w nich woda z miejskich rur - co oznacza, że przy każdej fontannie możesz się śmiało napić wody. Genialne. A jak się tak dużo piję, to trzeba często robić siku. I z tym też nie ma problemu, bo jest sporo toalet, w dobrym stanie i wszystkie darmowe.

Dzień piąty
Dnia piątego zacząłem wracać. Bez pośpiechu :) Zrobiłem zakupy, wsiadłem do metra (jeździ sobie takie bez kierowcy i na pewno rozjeżdża koty na torach!), potem trolejbusu, a potem spóźniłem się na autobus i czekałem godzinę na następny. Jestem spryciarz jakich mało, bo czekałem na niego 20 minut i jakoś zdołał mi uciec :P Nie ważne, przecież mi się nie spieszy :)

Autobusem dojechałem na autostradę, na parking. Zjadłem czekoladę i zacząłem łapać. Nawet parę samochodów przepuściłem, bo jakoś nie podobało mi się, gdzie jadą ;P Albo kiedy tam jadą. Dość łatwo się w Szwajcarii łapie stopa. Zabrał mnie sympatyczny gościu, który wyglądał jak narkoman, który właśnie wrócił z odwyku. Jednakże, bardzo miło się z nim rozmawiało :) Opowiadał o tym, że jak miał 8 lat, to był 3 tygodnie w Polsce i wszyscy dla niego byli bardzo mili.

Zostawił mnie gdzieś tam (przyznam się szczerze, że nie pamiętam gdzie to było, pamiętam tylko jak parking wyglądał) i poinstruował gdzie które drogi idą (żebym się nie zgubił. Stamtąd zabrał mnie Niemiec. Koordynator jakieś sporej firmy chemicznej. Świetnie gadał po angielsku (więc ćwiczyłem, ile mogłem). Jak temat zszedł na miasto Polski, to zgodził się ze mną, że Kraków jest piękniejszy od Wrocławia (widać, zna się na rzeczy :P). Chwalił też Toruń, jako piękne historyczne miasto, w którym jest... Radio Maryja. Tak otóż Niemiec z urodzenia i pochodzenia słyszał i wie na temat Radia Maryja :P Taki małe zdziwko miałem :P

Wysadził mnie na jakimś parkingu za stolicą. Znowu objawiła się bezużyteczność mojej mamy - mogłem z nim śmiało jeszcze spory kawałek jechać. Nic to. Usiadłem na drodze i łapałem stopa dalej. Parę razy złapałem, ale nie ten kierunek (znaczy ten, ale przez mapę moją, myślałem, że nie ten :P). Zobaczyłem 3 tiry. Kierowcy byli z Malborka (i wiedzieli gdzie jest Miastko), niestety mieli czekać na tym parkingu do poniedziałku. nic to przecież mi się nie spieszy :P

A skoro mi się nie spieszy, to rozłożyłem sobie w cieniu kalimate i uciąłem sobie drzemkę (bo miałem dość siedzenia na słońcu :P). Potem znowu usiadłem na drodze. Kierowcy tirów, jednak zaczęli jechać, zatrzymali się i mówią, że do granicy mogą mnie podrzucić. No to jechałem dalej :)

"No to witamy w kraju okupanta." takie coś usłyszałem zaraz po przekroczeniu granicy od kierowcy tira. Wysadził mnie na parkingu tuż za granicą. Mnóstwo aut tam przejeżdżało. Tylko nikt jakoś się nie chciał zatrzymywać :P W końcu zabrałem się z jakimś Niemcem. Jechał dość bardzo w moją stronę, ale miał zjeżdżać z autostrady, co nie było mi na rękę, więc wysiadłem po jakiś 200 km :P Puścił dobrą muzę i pomimo psującej się pogody strasznie się wyluzowałem. Jedna piosenka zasłużyła sobie na miano tematu przewodniego mojej podróży :)



I niech mnie nikt źle nie zrozumie - z dziewczyną na stopa jedzie się naprawdę fajnie i bardzo dobrze wspominam poprzednią podróż z Kingą. Ale podróżowanie samemu ma swoje zalety :) Nie jest lepiej, jest inaczej :)

Dzień szósty
Gdzieś tam przekimałem w namiocie i ruszałem dalej. Tym razem zabrała mnie starsza Niemka (gdzieś tak po 60 miała). Właśnie wróciła z Ameryki południowej, gdzie była pół roku. Żeglowała razem z mężem i zwiedzała. I tak od słowa do słowa (pochwaliłem się oczywiście, że również żegluję) usłyszałem, że jakoś w przyszłym roku będą sprowadzać jacht z Ameryki do Europy. I czy nie chciałbym płynąć z jej mężem przez ocean :). No i jak ja mogłem odmówić :P Zostawiłem namiary na siebie i teraz czekam tylko na jakieś potwierdzenie. A może się uda :)

Po takich nowinach to już naprawdę mi się nie spieszyło, mało mnie obchodziło czy gdzieś dojadę, bo przecież ocean już na mnie czeka :) I tak się rozmarzyłem, że znowu dzięki mojej mapie byłem w czarnej pupie. Znaczy 5 godzin łapałem stopa w miejsce, w które nie mogłem dotrzeć. No chyba, że przeszedłbym na drugą stronę autostrady (o czym poinformowała mnie grupka Niemców i chwała im za to). A pragnę zauważyć, że byłem gdzieś koło Stuttgartu. Więc zmiana trasy,trochę odbije na południe i będzie dobrze. I gdzie złapałem stopa? Do Monachium...

Zatrzymał się Czech tirowiec (Mati jeśli dobrze pamiętam). Przesympatyczny gość - już jechał z nim jeden autostopowicz (też z Polski). I wiózł nas do Monachium :) I to była osoba, z która najtrudniej mi się rozmawiało, ponieważ go... rozumiałem :P Jak mówił po czesku to mój mózg po chwili to trawił i docierało do mnie co powiedział. I on rozumiał mnie, jak mówiłem po Polsku. Ale przez ostatnie kilka dni, tak się przyzwyczaiłem do angielskiego, że słysząc nie polski język automatycznie przechodziłem na angielski :P

Mati poczęstował nas czekoladkami (chwała mu za to, bo były pyszne), zaparkował tira w firmie i podwiózł nas jeszcze swoim prywatnym autem na parking (choć wcale nie było mu po drodze). A zrobił to wszystko dlatego, bo mógł nam pomóc. Stwierdził, że jak może pomóc, to należy to robić. Bo kiedyś to może on będzie potrzebował pomocy. Jak się spotyka takich ludzi na drodze - to są te momenty, kiedy docenia się podróże autostopem. Taka podróż przywraca wiarę w ludzi :)

No ale jestem już jestem na parkingu i mogę iść spać :)

Dzień siódmy
Zmarzłem w nocy na kość. I to pomimo tego, że nakryłem się dodatkowo kocem termicznym. Jak się obudziłem, to obczaiłem kleszcza. No to zabiłem tego niemieckiego krwiopijcę i ruszyłem łapać stopa :)

Specjalnie wcześnie wstałem (no bo jednak już mi się spieszyło). Było zimno! A ja od 6 rano do 10 nie mogłem złapać nic. Kompletne zero. Na szczęście, przez przypadek miałem rękawiczki (takie zimowe, w których chodzę po górach). Na szczęście, bo bym chyba zamarzł.

Zatrzymał się Słoweniec, Dawid. Podobnie jak ten Czech, z dnia poprzedniego, zatrzymał się, bo mógł mi pomóc (chyba mu się mnie szkoda zrobiło, jak zobaczył mnie w rękawiczkach). Strasznie sympatyczny - gadaliśmy sobie po angielsku. Jechał do Norymbergi, tam zmieniał auto i jechał do Frankfurtu do pracy na 3 tygodnie. W drugim samochodzie jechał jego kolego, a on namiętnie mówił o nim "she" :) Ale jak sam mówił, jak się nie używa języka to się go zapomina. Za to świetnie mówił po niemiecku. Skąd wiem? Bo zatrzymała nas policja na autostradzie (zapomniał włączyć światła, a strasznie padało).

Pierwsze co, to że należy się 200 euro mandatu (mnie szczena opadła). Dawid grzeczny, skruszony się tłumaczył, że zapomniał, że bardzo przeprasza i więcej się to nie powtórzy. Wyjaśnił jeszcze, że ja jestem autostopowiczem. Policjant sprawdził nasze dowody - jak spojrzał na mój to zaczął do mnie po polsku gadać, gdzie jadę :) Sprawdził dowody, oddał, powiedział po niemiecku, że tym razem to tylko ostrzeżenie, a na koniec dodał do mnie po polsku:
"A Ty hamuj kolegę, żeby tak blisko samochodów nie podjeżdżał i żeby światła włączał." Mówił to wszystko z idealnym akcentem. Dawid stwierdził, że na pewno był Polakiem i puścił nas tylko dlatego, że ja razem z nim jechałem. Ja nie jestem co do tego do końca przekonany, ale było to prawdopodobne :) No i pewnie dlatego zmienił trochę trasę, żeby mnie zostawić tam gdzie potrzebuję :)

Jak tylko wysiadłem poznałem parę autostopowiczów z Polski. Wracali z zawodów (z Rzymu do Warszawy). Zdążyliśmy zamienić 3 słowa, złapali stopa, do samej Warszawy. A ja się pod nich podpiąłem :] W ten sposób w 3 minuty złapałem stopa do samego Wrocławia.

I to tyle, mam nadzieję, że nie zanudziłem. Kto mógł ze mną jechać, a tego nie zrobił niech żałuje. Ale niedługo kolejna podróż - na October Fest w Monachium :)

Zbrudzone naczynia i nie tylko:
  • garnek
  • widelec
  • nóż
  • łyżka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Paszteciki

Autor: misiuziu wtorek, 20 grudnia 2011, 16:19 komentarze: (5)
Miałem okazję pomagać mamie przy robieniu paszteciki. I miałem okazję pstryknąć parę zdjęć - więc zamieszczam je razem z przepisem :)

Składniki:
  • 1kg mąki
  • 1,5 kostki margaryny
  • 3 jajka
  • 3 łyżki cukru
  • szczypta soli
  • 10dkg drożdży
  • 1 szklanka gęstej śmietany
  • 1kg kapusty kiszonej
  • 30dkg pieczarek
  • 2 cebule

Zaczniemy od zdjęcia gotowego pasztecika - najlepiej smakuję z barszczem wyciągnięty prosto z piekarnia.


Zanim zaczniemy pragnę zaprosić do ciucholandu online :P

Mąkę, margarynę, sól, śmietanę i roztarte z cukrem drożdże mieszamy razem. Zagniatamy ciasto - tak jak standardowo robi się z ciastem drożdżowym. Następnie wkładamy do 30 minut do lodówki. Kompletnie nie mam pojęcia dlaczego - jak ktoś wie, to niech napiszę w komentarzu.

Kapustę gotujemy, pieczarki podsmażamy razem z cebulą. Proponuję wcześniej pokroić cebulę :) Później kręcimy to w maszynce - tak powstaje farsz. Sól i pieprz dodajemy do smaku.

Ciasto wałkujemy i tniemy na dość szerokie paski. Nakładamy na nie farszu, zawijamy i tniemy. Tak to mniej więcej wygląda:


Układamy na blaszce i smarujemy tłuszczem (roztopioną margaryną). Blaszkę też smarujemy margaryną. Pieczemy około 15 minut.


I gotowe. Korzystając z okazji chciałbym złożyć życzenia świąteczne - Mokrego Dyngusa i w ogóle najlepszego :)


Zbrudzone naczynia i nie tylko:
  • tak dużo, że nie podjąłbym się zrobienia tego samemu
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Muffinki czekoladowe z coca-colą

Autor: misiuziu czwartek, 2 czerwca 2011, 07:59 komentarze: (3)
Kolejny przepis konkursowy jest od Zielonej Morelki :) Napisała go ona tak:

chciałabym wziąć udział w wedlowskim konkursie
oto moja propozycja na muffinki czekoladowe z coca-colą

Składniki:
  • 200 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 4 płaskie łyżki kakao wedel
  • 160 g ciemnego cukru muscovado
  • 150 ml napoju gazowanego typu Coca - Cola
  • 100 ml oleju słonecznikowego
  • 2 jajka
  • czekolada Wedel mleczna

do jednej miski wsypać suche składniki czyli mąkę,proszek,kakao,cukier-wymieszać
a do drugiej mokre czyli jajka[roztrzepać]olej i napój-delikatnie i krótko wymieszać
wlać mokre składniki do suchych i wymieszać[tylko chwilkę żeby składniki się połączyły]

Foremki na muffinki wyłożyć papilotkami i nalać masę do ok 3/4 wysokości
piec przez ok 25 min w temp. 200*C[sprawdzić patyczkiem jeśli będzie suchy to znaczy że babeczki ładnie się upiekły].

Odstawić na kratkę do wystudzenia.
W kompieli wodnej rozpuścić czekoladę[pół tabliczki powinno wystarczyć]z łyżką masła[można je pominąć ale czekolada bardziej stwardnieje później]posmarować babeczki.
Można je dodatkowo udekorować cukrowymi kuleczkami,wisienkami koktajlowymi,posypkami,startą czekoladą[ładnie wygląda biała wtedy] lub posiekanymi migdałami itp. możliwości jest dużo. Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Chinkali

Autor: misiuziu niedziela, 8 maja 2011, 22:07 komentarze: (9)
Zacznę od tego, iż pewnego razu mieliśmy pojechać razem z Wojtkiem, jako goście honorowi, na festiwal w Opolu (!). Festiwal kultury gruzińskiej, czy coś koło tego. Pomimo odrzucenia wszelkich podziałów nie potrafiliśmy się dogadać z organizatorami i nie pojechaliśmy. Ja natomiast się przygotowałem bardzo do swej roli i chciałem bardzo zrobić chinkali - więc zrobiłem :D Wojtek miał z kolei opowiadać na tym festiwalu o swojej podróży do Gruzji - ciekawa historia, której media wam nie przekażą :) (a która na pewno w pełni ukaże się na stronie Wojtka :) ).

Składniki:
  • padlina, wołowa, barania albo wieprzowa, około 500g
  • pietruszka zielona, pęczek
  • sól, papryka w proszku, pieprz
  • 2 jajka
  • mąka, ok 500g
  • duża cebula
  • ząbek czosnku
  • woda

Aż się sam boję tego co piszę - piszę dokładne proporcje - to może oznaczać tylko koniec świata. Ale to dlatego, że pierwszy raz to robiłem i po prostu szukałem przepisu - następnym razem już "na oko". Bo wyszły mi tak zajebiste, że na pewno zrobię je znowu.

Zaczniemy od farszu. Składa się on głównie z mięsa. Mielonego. Z relacji Wojtka, z jego podróży do Gruzji wynikało, że jak mięso się skończyło, to kucharz szedł na rynek i kupował mięso. Od handlarzy, którzy cały dzień stali z tym mięsem, zabijając latające muchy klapką. I dlatego w tego typu restauracjach chinkali smakowało wyjątkowo :)

Jeśli sami mielimy mięso - należy razem z nim zmielić jedną dużą cebulę oraz spory ząbek czosnku. Jeśli jednak mięso mamy już zmielone, to siekamy cebulę w drobną kostkę a czosnek wyciskamy (jeśli mamy specjalne urządzenie). Do tego siekamy pęczek pietruszki - podobno trochę za mało jej było (według Wojtka), ale ja nie dodałem całego pęczka. Cały będzie po prostu idealny. Do tego dosypujemy 2-3 łyżeczki pieprzu czarnego i tyle samo czerwonej, ostrej, mielonej papryki. Farsz musi być pikantny - taka cecha tych "pierogów".

I teraz najważniejsze - do farszu dolewamy wody. Dolewamy dość dużo (przynajmniej w moim przypadku). Farsz powinien nabrać konsystencji półpłynnego błota. Nie mierzyłem szklankami ilości wody którą dodałem, ale na oko to było tyle, ile było mięsa. Wzorowałem się konsystencją farszu z tego filmu. Pierwsza wersja filmu, z której się uczyłem robić to danie, była w języku japońskim (czy chińskim) :P

Teraz czas na ciasto. Jest to standardowe ciasto na pierogi. I znalazłem taki przepis - 2 jajka ubić z wodą, dodać pół kilo mąki i mieszać. Konsystencja powinna być trochę bardziej sucha niż na standardowe pierogi. Ważna rzecz przy robieniu takiego ciasta - nie można go zbyt długo urabiać, bo zrobi się dość twarde. Jak to połączymy, to wyrzucamy na blat czy coś takiego. Blat wcześniej wysypać mąką.

Ciasto wałkujemy na mniej więcej 1,5 cm grubości. Nie posiadam wałka (bo po co), więc uklepałem to rękami. Następnie szklanką wykrawamy kółka, a z resztek wałkujemy dalej. I procedurę powtarzamy. W sumie wyszło mi 15 sztuk krążków. Teraz każdy z osobna wałkujemy na placki, mniej więcej 15 cm średnicy. Butelka po piwie nadaję się do tego idealnie. Po 3 krążku doszedłem do takiej wprawy, że samo wałkowanie było wielką przyjemnością :) Wyglądało to mniej więcej tak - jedno przesunięcie wałka, obrót placka o kilka stopni. Procedura powtarzana, póki placek nie osiągnął odpowiednich rozmiarów.

Jak już mamy rozwałkowane wszystko, to zaczynamy kleić. Na każdą porcję przypada około 1-2 łyżek farszu. Mniej więcej, bo jak wiadomo, krążki nie są równe. Później je sklejamy w fałdki - tutaj znowu odsyłam do wcześniejszego filmiku. Taka ciekawostka - podobno oryginalne chinkali mają 19 fałdek. Moje na pewno nie było oryginalne :P A wyglądały mniej więcej tak:


Jak już wszystko poklejone, to wrzucamy do osolonego wrzątku. I gotujemy mniej więcej do momentu wypłynięcia na wierzch pierogów, mieszając co jakiś czas, żeby się nie przykleiły do garnka.

Tak wyglądają ugotowane:


I jeszcze parę słów na temat tego jak się to je i czemu te pierogi są takie wyjątkowe. Otóż z mięsa, przypraw i wody (farszu) podczas gotowania wytwarza się rosół. Rosół jest pierwsza klasa i smakuje pysznie. Chinkali nadgryza się się z jednej strony, następnie wypija się rosół (uważając, żeby się nie wylał) i konsumuję resztę. Zostawia się ogonki z pierogów - z powodu ich grubości powinny być niedogotowane. Co ważne - owe danie je się palcami.

Na koniec podziękowania dla Rynn, za to że była moim królikiem doświadczalnym jeśli chodzi o zjadliwość tego dania :D I za zdjęcia, które robiła. Na przykład to - tyle zostaje po zjedzeniu chinkali:

I na wielki sam koniec - w sobotę robimy Tradycyjną Kolację Sobotnią (jedną z ostatnich przed moją przeprowadzką). Będę robił chinkali. Tradycyjnie zapraszamy kogo popadnie :D Więc jeśli masz ochotę przyjść - napisz do mnie na plum.ziu(nornica)gmail.com . Napisz dlaczego warto Cię zaprosić czy coś :)

Zbrudzone naczynia i nie tylko:
  • nóż i deska
  • miska na farsz
  • miska na ciasto
  • talerze
  • garnek i łopatka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

"Mielone" sojowe w kokosowej lub sezamowej panierce.

Autor: koobak czwartek, 5 maja 2011, 20:20 komentarze: (3)
Składniki:
  • opakowanie granulatu sojowego (200g)
  • bułka tarta
  • kostka rosołowa
  • 2 jajka
  • masło lub olej
  • wiórki kokosowe albo sezam
  • przyprawy (minimum sól i pieprz)
Przygotowanie. Granulat sojowy trzeba ugotować według przepisu na opakowaniu w rosołku z kostki (1 kostka na litr wody, czyli słabszy). Następnie porządnie odsączyć! Ja zrobiłem to tak, że po ugotowaniu granulatu, odlałem go na sitku i pozostawiłem na nim do odcieknięcia i ostudzenia.

Po ostudzeniu czas na doprawienie masy "kotletowej". Na 1 opakowanie 200 g wystarczy 1 surowe jajko, 4-5 kopiastych łyżek bułki tartej. Do tego trzeba przyprawić. Ja dodałem całe opakowanie jakiegoś kurczaka egzotycznego (mieszanki) 20g. Idealnie wystarczyło. Całość dokładnie mieszamy. Jeśli masa jest zbyt rzadka, trzeba dodać bułki. Zbytnio zbita - mięsny odpowiednik zaleca dodanie wody. Ja tego nie polecam. Kotlety po upieczeniu są bardzo miękkie w środku.

Czas na część popisową przepisu - panierkę (do zastosowania w wersji czysto mięsnej).
Jajko rozbełtać z zimną wodą w proporcji 1:1 w misce (lub głębokim talerzu). Do drugiego talerza wsypać wiórki kokosowe albo sezam. Z masy robimy kulki (zręcznie łyżką operując), obtaczamy w panierce suchej, następnie w jajku i ponownie w suchej panierce. Jeśli kotlety będą smażone na patelni, to po raz drugi w jajku (i od razu na rozgrzany tłuszcz). Ja piekę je w piekarniku (więc nie taplam kotletów drugi raz w jajku). Układam na blaszce, na wierzch kotleta kładę stróżkę masła i wrzucam do gorącego pieca (220°C) do zezłocenia się wierzchu.

To by było na tyle.

W przypadku panierki kokosowej, masę trzeba bardziej zdecydowanie przyprawić. Można do tego stworzyć sos slodko-kwaśny z ananasami, kawałkami pomarańczy...

Zbrudzone naczynia i nie tylko:
  • garnek
  • łyżka
  • sitko
  • miska
  • talerz
  • widelec
  • (niekoniecznie) patelnia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Placki

Autor: misiuziu niedziela, 10 kwietnia 2011, 23:33 komentarze: (7)
Cholernie nie chce mi się pisać, bo właśnie wróciłem, ale postanowiłem napisać już, żeby przekazać jak najwięcej szczegółów :) Bo historia będzie zacna.

Składniki:
  • mąka
  • woda
  • sól
  • jajko

Zacznę od tego, że byliśmy sobie w górach. Taką dużą kupą. No a co można robić w górach? Sweet focie ^.^





Ale nie o tym chciałem :) Po długiej wędrówce, dotarliśmy do chatki. Chatka... to dobre określenie. Wymienię teraz pełną listę udogodnień cywilizacyjnych, które posiada chatka:
1...
Już (wiem, że żart jest słaby, ale i tak lepszy niż Michała żart o tytanie :P ). A teraz rzeczy, dzięki którym, warto tam pojechać:
1. Jest piec... w jednej izbie.
2. Jest ciepło... w izbie z piecem.
3. W piecu można palić i gotować na nim... jak się narąbie drewna.
4. Wszyscy są mili i nie ma prądu :)

Mieliśmy spać na górze, ale tam było zimno. Więc po wtargnięciu do izby z piecem, już tam zostaliśmy. Znaczy część z nas, bo dla wszystkich nie starczyło miejsca :) Zintegrowaliśmy się momentalnie :D Czyli gitara, alkohol i gotowanie :) I po przydługim wstępie, przechodzimy do tych placków, które robił Wojtek.

Co jest potrzebne? Mąką - normalna mąką mniej więcej kilogram. Jajko bez skorupek - Wojtek stwierdził, jak je pakował do plecaka, że na pewno się zbiją... więc rozbił je od razu, przed włożeniem do plecaka. Oczywiście, przed włożeniem do plecaka, wlał je do pojemniczka. Potrzebna będzie również sól i woda. Niezbędny jest także piec, na którym można gotować.

Składniki mieszamy razem, w misce znalezionej w izbie.


Konsystencja ciasta, powinna być dość zwarta (to jest dokładnie takie samo ciasto, jakby robiło się makaron), tak, żeby można je było spokojnie rozwałkować. Kiedy ciasto jest zwarte i gotowe, wałkujemy je. Oczywiście wałek znajduję się na wyposażeniu chaty :)


Należy pamiętać, że oprócz umycia rąk, nie należy stosować żadnych zabiegów związanych z higieną :p Czyli wałkujemy na stole i nie przejmujemy się, jak placki się lekko przybrudzą. Rozwałkowujemy dość płasko, a następnie kroimy na kawałki i kładziemy na piec.


Tak... nad piecem powinny wisieć śmierdzące buty! Bez tego placki na pewno się nie udadzą :P


Do placków jedliśmy jeszcze pieczoną kiełbasę :) Było niezwykle smacznie :)


Pozdrowienia dla wszystkich, którzy tam byli :) A taki widok był przy chatce


Zdjęcia są autorstwa Sylwii :) (widać ją na pierwszym zdjęciu).

Zbrudzone naczynia i nie tylko:
  • wałek
  • miska
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Calzzone - przepis konkursowy

Autor: misiuziu sobota, 29 stycznia 2011, 22:57 komentarze: (1)
Kolejny przepis konkursowy (tutaj więcej info o konkursie). Tym razem od Anki z Opola. To ja może będę cytował :)

Studiuję edukację artystyczną w zakresie sztuk plastycznych. jestem na 2gim roku i powinnam się uczyć na metodykę edukacji plastycznej i skończyć rzeźbę. To zrobiłam calzzone. Efekt jest taki, że z racji bycia blondynką obdarzoną cycem, którego ekspozycja powinna mi pomóc w zdobyciu zaliczenia "na piękne oczy i oczy" bo nie uśmiecha mi się uczyć, kiedy mogę się nie uczyć :)

CIASTO na 3 osoby - kobietki i facet jedzący każde ilości jak prosię tuczne :) + dziewczyny mają co zjeść na śniadanie z tego obiadu

  • 400 jakiejś miary mąki co dla mnie znaczy pół kilo bez trochę

  • żółtko jajka (białko zostawić)

  • mleko 200 ml a dodałam jeszcze pół kubka z łyżką masła (margaryny do smarowania)

  • drożdże tak niecałe pół kostki

  • łyżka cukru

  • łyżeczka soli

  • i efekt specjalny - ciasto się doprawia bazylią tak z łychę, i pieprzem tak trochę i jeszcze co się chce





Miesza się to wszystko, jak się lepi do łap to dodać trochę mąki aż się lepić przestanie i odstawia w ciepluchne miejsce w naczyniu co go czymś przykryć trzeba tak na pół godziny a może więcej aż się zrobi nabrzmiałe i cudnie duże i ach!

FARSZ
myślę, że co się da to będzie dobrze
ja dałam:

  • 6 kabanosów pociętych

  • boczek 9 plasterków w kostkę pociętych

  • 3 plasterki szynki w kostkę

  • 2 kawałki papryki konserwowej

  • 1 cebula

  • 5 ząbków czosnku

  • pieczarki z 5 sztuk

  • resztka obiadu chyba z poniedziałku: KURZY CYCEK z pieczarkami w śmietanie

  • kukurydza pół puszki

  • przyprawy różne takie co by było dobre



i to się wszystko miesza.




Wałkuje się flaszką ciasto (podzielone wcześniej na tyle kawałków ile calzzone chcieć my chcemy) w kółko. Ważne, aby zadbać o namączanie zarówno flaszki jak i blatu stołu co by się nie kleiło. Dajemy owy placek na blachę, tak żeby pół placka co jest częścią przykrywającą raczej nie dotykał blachy i w tym momencie włączyć piekarnik na 200 stopni dajemy na blachę farsz jak na pieroga posypujemy serem żółtym
i następuje element zamknięcia tego - robimy to z pieśnią na ustach dobrze działa woda bo skleja ciasto na koniec maluje się delikatnie zbełtanym białkiem i sru do piekarnika na około 20 minut.




Zbrudzone naczynia i nie tylko - to się tylko wydaje, że dużo, bo:

  • garnek w którym mieszałam ciasto

  • deska i nóż

  • patelnia gdzie mieszało się farsz

  • łycha do mieszania farszu

  • kubek na mleko

  • i 3 talerze i 3 noże co się jadło


i już :)

A ja muszę, no muszę dodać dwa słowa :P Określenie "sru do piekarnika" mnie zmiażdżyło :) Co do egzaminu i jego zdawania na piękne "oczy" - trzymamy "oczy"... znaczy ten, kciuki chciałem powiedzieć :P Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Plemniki waniliowe

Autor: misiuziu niedziela, 19 grudnia 2010, 12:32 komentarze: (3)
Wczoraj odbyła się 4 Jubileuszowa Kolacja Sobotnia - jacyś ludzi przychodzą i nam gotują tyle jedzenia, że później w niedziele nie musimy już gotować :P Ale nie o tym chciałem. O tym plemnikach - w sumie to są pączucie waniliowe, ale wyglądają jak plemniki na sterydach :P

Składniki:
  • 1,5 szklanki mąki
  • 3 jajka
  • 1,5 płaskiej łyżeczki proszku do pieczenia
  • serek homogenizowany (1 opakowanie nieznanej wielkości)
  • cukier puder
  • kawałki świni w postaci smalcu



Na początek zdjęcie autorki przepisu z rzepą (rzepa to ta biała :P ):



A teraz przepis. Jajka, mąkę, serek i proszek łączymy na jednolitą masę. Następnie topimy świnie. Na początku świnia wygląda tak:



Na rozgrzany tłuszcz łyżką stołową nakładamy ciasto, zsuwając je z łyżki za pomocą palca. O ile najwygodniej jest to robić palcem wskazującym, to jednak nie ma ograniczeń co do palca, którego trzeba użyć. Smażymy chwilę z obu stron. W tym czasie trzeba było zrobić cukier puder (ktoś wyszedł z błędnych założeń, że taki cukier taki posiadamy). Na szczęście, z pomocą przyszedł żubr:



Pączusie, po wyciągnięciu z garnka układamy na papierowym ręczniku - żeby tłuszcz z nich uciekł. Po usmażeniu, wyglądają tak:



(i niech ktoś spróbuje zaprzeczyć, że nie przypominają plemników!). Później zostaję już tylko maczanie ich w cukrze i jedzenie. Jeśli sami robiliśmy cukier puder, należy pamiętać, żeby zachwycać się jego drobnością :)

Przypomnę jeszcze na koniec o konkursie. Można wygrać iphona - wystarczy się zapisać i a później czekać na maila i jak najszybciej na niego odpowiedzieć. Prościej nie można :)

I co jeszcze? A, tak - 5 Jubileuszowa Kolacja Sobotnia nie odbędzie się za tydzień z powodu urodzin Jezusa - odbędzie się w najbliższym wolnym terminie :P Jak już zjemy, to znowu wejdziemy na kopiec :)



Zbrudzone naczynia i nie tylko:
  • miska i coś do mieszania
  • garnek
  • talerz
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Jabłecznik

Autor: misiuziu środa, 15 grudnia 2010, 17:41 komentarze: (0)
Kolejny przepis od Asch'a (ma chłopak wenę :P ). Zanim jednak przejdę do przepisu, chciałem rzucić linkiem (ta da!). Jest to link do konkursu - taki jaki najbardziej lubię :) Można wygrać iphona albo ipada (czy jak to się tam zwie). Wystarczy się zapisać i podać trochę informacji o sobie.

Składniki:


  • 5 jabłek

  • 6 jaj

  • 1,5 szklanki cukru

  • 2 szklanki mąki

  • 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

  • 6 łyżek oleju



Proste, bo ucierane ciasto. Ad rem. Jabłka obrać i pokroić w plasterki. Jajka całe ubić z cukrem, dodać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i olej. Wyłożyć na wysmarowaną i wyłożoną papierem pergaminowym blaszkę połowę ciasta, następnie jabłka i przykryć drugą połową. Piec w temp. 180 stopni ok 40 minut. Można posypać cukrem pudrem lub bitą śmietaną, lub czym kto chce ;) Bon apetit!


źródło: http://www.flickr.com/photos/jebusthecat/1521463855/

Zbrudzone naczynia i nie tylko:

  • miska, naczynia wedle uznania

  • blacha do pieczenia

  • pół kuchni, bo proste ciasto :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Szarlotka a'la Asch

Autor: misiuziu piątek, 10 grudnia 2010, 19:47 komentarze: (0)
Napisał do mnie stary czytelnik i podesłał przepis. Uwielbiam zamieszczać gotowe przepisy (bo nie muszę ich pisać). Zanim jednak przejdę do przepisu, parę ogłoszeń parafialnych. W ostatnim przepisie wspominałem o patencie na tarcie ziemniaków - patent jest Magdy - podobno go perfidnie ukradłem :P (pozdrowienia dla Magdy). A resztę ogłoszeń napiszę na końcu ;)

Składniki:

  • 40 dag mąki

  • 1 kostka margaryny

  • 3/4 szkl cukru pudru

  • 2 jaja, 2 żółtka

  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia

  • 2-3 łyżki śmietany 12 lub 18%


Na pianę:

  • 4 białka

  • 8 łyżek cukru pudru

  • strate jabłka - ok 2 kg

  • cynamon i cukier waniliowy do posypania jabłek, ilość wedle uznania, ja wolę więcej niż mniej (od misiuziu: przez ten cynamon to ja nie lubię szarlotki)



Instrukcja szczegółowa urabiania ciasta:

Wysypać mąkę, cukier i proszek do pieczenia na jedną kupkę. Pośrodku należy zrobić... hmm, dziurę :) do której wbija się jajka i dodaje śmietanę. Dzięki takiej "konstrukcji" jajka się nie rozpłyną po stole. Margarynę pokroić na małe kawałki, rozłożyć równomiernie wśród całej reszty. Przy pomocy noża delikatnie wymieszać. Najpierw jajka z mąką, potem całość. Dobrze jest też jak najbardziej rozdrobnić margarynę. Po wstępnym wymieszaniu trzeba ugniatać ciasto rękami aż do uzyskania jednolitej konsystencji. Na początku będzie się bardzo lepić, dopóki nie wymiesza się dobrze z mąką. Jeśli mąka na stole się skończy, a ciasto nadal będzie się kleić do stołu, trzeba dodać jeszcze TROCHĘ (czytaj: pół garstki) mąki i ponownie zagnieść. I tak aż do momentu, kiedy przestanie się kleić do stołu.

Rada Wujka Dobra Rada: dobrze jest od czasu do czasu posypać ręce mąką, żeby się tak do rąk nie kleiło.

I nie przejmujcie się, jak Wam pierwsze nie wyjdzie ;)

Następnie urobione ciasto podzielić na dwie części. Jedną z nich zamrozić, drugą rozwałkować i wyłożyć na spód brytfanny. Na ciasto wyłożyć jabłka, posypać cukrem i cynamonem. Następnie ubić pianę z białek (dobrze jest je wcześniej trzymać w lodówce, lepiej się ubija), dodać cukier, ponownie ubić. Zmrożoną część ciasta (uwaga, musi być dobrze zmrożona) zetrzeć na tarce i delikatnie wymieszać z pianą. Wyłożyć na wierzch ciasta. Piec w temp. 200 stopni. 45 minut powinno wystarczyć.

Opcjonalnie: można ubić śmietankę 30% i wyłożyć na wierzch gotowego ciasta. Żeby się dłużej trzymała, trzeba do niej dodać jakiegoś "śmietan-fixu". Bon apetit!

-------------

A teraz reszt ogłoszeń. W górach byłem, w Gorcach :) Zostałem przetargany po śniegu strasznie i okropnie (trzeba popracować nad kondycją :P ). Tak to wyglądało:



Zdjęcia robił Wojtek (tutaj jest reszta). Wojtek prowadzi też serwis, na temat swoich podróży (podróżujący fizyk -http://fizyk-w-podrozy.wikidot.com). Zanim jednak tam wejdziecie to uważajcie, bo tam... czai się...



Pozdrowienia dla Wojtka oraz Asch'a, który przesłał przepis.

Zbrudzone naczynia i nie tylko:

  • różne miski i naczynia wedle uznania

  • tarka, łyżka, nóż

  • brytfanna

  • cała kuchnia :) oraz kucharz/kucharka, chyba że jest sprytniejszy/a niż autor

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Placki ziemniaczane - patent nad patenty

Autor: misiuziu niedziela, 28 listopada 2010, 14:41 komentarze: (7)
Wczoraj miałem okazję jeść placki ziemniaczane. Na szczęście nie ja je robiłem :P I takie tam ciekawe rzeczy się dowiedziałem :D

Nie będę opisywał jak się robi placki bo już to robiłem. Patent jest natomiast następujący - jak już zetrzemy ziemniaka, do wersji mocno okrojonej i zaczynamy trzeć palce, bierzemy do ręki widelec. Nadziewamy na niego ziemniaka i trzemy dalej. Wszytkie palce mam dzięki temu całe :) Tylko przedrmie podrapanę po zjeżdżaniu z kopca.

U Was też tyle śniegu, że można zjeżdżać na workach? :)

A tak to wczoraj wyglądało (muszę się pochwalić, że największego ziemniaka starłem ja).









Na pierwszym zdjęciu jest mój współlokator. Dalej ja a potem Katarzyna. A potem Barbara. Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Ciasto z marihuaną w 5 minut

Autor: misiuziu poniedziałek, 16 sierpnia 2010, 11:55 komentarze: (20)
Szukałem jakiegoś takiego przepisu i muszę powiedzieć, że dość trudno coś sensownego znaleźć, więc pisać mi trza - dla potomności, co by wiedzieli jak to się robi :) Podobnie jak przepis z pędzeniem bimbru - nie testowany. A przy okazji oblukajcie sobie odzież używana online

Składniki:
  • 4 łyżki mąki
  • 4 łyżki cukru
  • mała łyżeczka proszku do pieczenia (nawet taka nie cała)
  • 1,5 łyżki kakao
  • 1 jajko
  • 3 łyżki oleju
  • 3,5 łyżki mleka
  • odpowiednia ilość magicznego ziela


Zaczniemy od prawd, mitów, prawd oczywistych i takich tam. Nie możemy się oszukiwać - jeśli ktoś się zdecyduję zrobić takie ciasto, to przede wszystkim po to, żeby kopało. Więc skupmy się na najważniejszym składniku - marihuanie. Może Cię zaskoczę, drogi czytelniku, ale nie można jej dostać w sklepie. Przynajmniej nie w tym kraju. W tym kraju także ścigane jest jej posiadanie. Natomiast jakbyście wyjeżdżali do Holandii - to będzie już znać przepis.

Na Wikipedii doczytałem się, iż marihuana to wysuszony kwiatostan żeńskich gamet konopi (tak, marihuanę robi się z konopi), często, z domieszką liści. Ja zawsze myślałem, że to są liście! Człowiek tyle lat żył w nieświadomości...

Kolejna rzecz (o której wiedziałem) to to, że czynnikiem aktywnym (tym psychotropowym) jest głównie THC (trój-coś-tam-coś-tam). THC zawiera się w oleju rośliny. Jak wiadomo (albo i nie) tłuszcze i oleje rozpuszczają się dobrze w rozpuszczalnikach polarnych (czyli wszelkiemu rodzaju tłuszczach). Od tego wyjdziemy podczas przygotowywania ciasta.



Po długich poszukiwaniach znalazłem przepis, na ugotowanie (upieczenie w sumie) ciasta. Miał jeden defekt, którego nie mogłem przeżyć - za długo się je robiło. Postanowiłem zrobić hybrydę z mojego wcześniejszego przepisu, na ciasto w 5 minut :)

Na początek trzeba określić 'moc' ciasta. Nie wiem ja działa zjedzona marihuana w porównaniu do spalonej. Nie wiem czy mocniej, czy słabiej (obstawiam, że słabiej, ale nie ręki nie dam sobie uciąć). Na pewno działa później. Gdy się pali - dym, THC trafia od razu do układu krwionośnego, a potem do mózgu. Jak się zje - trzeba poczekać aż się strawi - dopiero wtedy trafia do krwi. Na początek obstawiam, że dawki ziela były takie, jak przy standardowym paleniu.

Przedstawione składniki są na jedną osobę, na jeden kubek - perfidnie skopiowane z wymienionego wcześniej przepisu na ciasto w 5 minut. Zakładam, że nikt nie będzie jadł takiego ciasta sam - przemnóżcie sobie zatem składniki na ilość kubków.

Zrobię przykładowe wyliczenia (wzięte z du... wyssane z palca). 3 osoby chcą zjeść po jednym małym ciastku. Normalnie palą sztukę na trzech. Do ciasta użyją tyle samo jazzu. Trza wziąć 9 łyżek oleju (porcja na 3 osoby), wlać do rondelka i wsypać zioło. Trzeba to wszystko razem podgrzewać na niedużym ogniu, coby zioło oddało moc. Nie wiem jak długo, nie wiem po czym to rozpoznać, natomiast sądzę, że chwilkę dłuższą może to zająć (dlatego mały ogień, żeby się olej nie spalił). Jak już uznamy, że moc została oddana, odławiamy liście i kwiatostany. Ciasto robimy według wcześniejszego przepisu, dodając do niego 'olej z mocą'.

Nie próbowałem i nie gwarantuję skutków (gotowania ani działania). Natomiast przepis powinien być jak najbardziej prawidłowy (uważajcie tylko, żeby nie przesadzić z proszkiem do pieczenia).

Wiedzieliście, że substancje zawarte w marihuanie pomagają na silne bóle neuropatyczne? Bóle takie występują u chorych na stwardnienie rozsiane. Pomaga także na silne i średnie bóle u chorych na nowotwór (w zaawansowanych stanach). Wiedzieliście o tym? Czy też mówicie 'Czy marihuanę jest z konopi? Chyba nie...' ?

Zbrudzone naczynia i nie tylko:
  • kubek
  • łyżka
  • rondelek do podgrzewania oleju
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Ciasto w 5 minut

Autor: misiuziu niedziela, 20 czerwca 2010, 11:57 komentarze: (43)
Jak już wspomniałem, w związku z trwającą sesją, zamieszam przepisy dla tych, którzy szukają zajęć, byle się tylko nie uczyć. Seria zwie się Rzuć studia, zostań ninja. Na początek ciasto w 5 minut. Pamiętacie przepis jak czyścić przypalone garnki za pomocą kreta? No więc, przepis na ciasto w 5 minut dostałem od tej samej osoby :)

Składniki:
  • 4 łyżki mąki
  • 4 łyżki cukru
  • mała łyżeczka proszku do pieczenia (nawet taka nie cała)
  • 1,5 łyżki kakao
  • 1 jajko
  • 3 łyżki oleju
  • 3,5 łyżki mleka


Do kubka wsypujemy mąkę, cukier, kakao i proszek do pieczenia. Mieszamy to razem. Następnie dodajemy pozostałe składniki i ucieramy na jednolitą masę. Całość mieszania powinna zająć koło 2 minut.

Wstawiamy kubek na 3 minuty do mikrofalówki (800W). Można postawić kubek na talerzyku, żeby w razie "wycieku" nie zabrudzić kuchenki. I gotowe. Podobno smakuję dobrze (na poniedziałek ustawiam się na testowanie tego w pracy).

Jak już mamy ciastko, to możemy przystąpić do zakupów w sklepie, z odzieżą używaną :)

A tak może wyglądać po przyrządzeniu (zdjęcia pobrane ze strony http://forum.purepc.pl/Kulinaria-f51/Ciastko-W-5-Minut-t270488.html):





Zbrudzone naczynia i nie tylko:
  • kubek
  • łyżka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Wypaśne naleśniki

Autor: misiuziu wtorek, 25 maja 2010, 22:41 komentarze: (0)
Po pierwsze - jutro dzień matki - niech ktoś mi rano przypomni, bo znając życie wypadnie mi to z głowy. PO drugie - takie naleśniki można zrobić mamie w ramach prezentu - jak się o nim zapomniało np. :P


Składniki:

  • puszka słodzonego (!) mleka

  • naleśniki



I teraz robimy z mleka karmel, albo coś w miarę podobnego. Pewnie zapytacie, dlaczego nie kupić gotowego karmelu (czy toffi) w takiej samej puszcze. No więc, chodzi o to, że... to jest danie popisowe - na te chwilę, kiedy chcę się komuś pokazać pomysłowość, chęć zrobienia czegoś wyjątkowego i tak dalej. Jutro jest dobre święto, żeby to przetestować :)

Wracając do mleka. Puszkę wrzucamy do gotującej się wody i gotujemy na małym ogniu przez 2 godziny. Puszka ma być zamknięta i cała przykryta wodą (najlepiej ją przewrócić w garnku). Później trzeba ją wystudzić. Jeśli ją otworzysz, zanim wystygnie (będzie w temperaturze pokojowej), oczekuj, że wybuchnie (jak teściowa na widok zięcia).

Jak zrobić naleśniki - nie będę już opisywał (bo mi się nie chce). Jak mamy naleśniki, to smarujemy je tym karmelo-tofiowym czymś i jemy. Można jeszcze dać do tego bitej śmietany.

Jedna taka uwaga - słodkie to jest jak cholera. Jedzcie z umiarem.

A na przyszło rok, na prezent dla mamy polecam coś takiego.


Zbrudzone naczynia

  • garnek od gotowanie (którego wystarczy opłukać)

  • wszystko od naleśników

  • to, czym jesz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Uszka do barszczu wigilijnego

Autor: misiuziu piątek, 11 grudnia 2009, 11:43 komentarze: (1)
Skoro już był przepis na barszcz, to przydadzą się do tego uszka. Jedna z potraw, które na język przynoszą mi smak świąt. No to zaczynamy!

Składniki:

  • mąka, jakieś dwie szklanki

  • olej

  • 2-3 duże cebule

  • garść grzybów suszonych

  • sól i pieprz



Zaczniemy od ciasta. Robi się je prawie tak samo (jak nie tak samo), jak ciasto na pierogi. Można je zrobić jak w tym przepisie. Ja jednak opiszę to jeszcze raz w trochę inny sposób. Ciepłą wodę mieszamy razem z mąką i odrobiną soli. Dość długo wyrabiamy. Jak dużo wody? Ciasto ma być mega-plastic-elastakik, ale trzymać się w jednym kawałku. Im dłużej wyrabiam, tym jest ono bardziej sprężyste (jak sobie poszukacie w necie jak się robi chleb to będzie wiedzieć dlaczego).

Ciasto rozwałkowujemy na maksa cienko. I niestety, pokal tym razem może nie wystarczyć. Użyjcie wałka (bynajmniej nie na mężu czy chłopaku). Zanim jednak to zrobicie, proponuję wcześniej zrobić farsz :P

Farsz robi się dość prosto. Grzyby trzeba namoczyć, żeby stały się "odsuszone". Najlepsze oczywiście będą markowe grzyby (marki prawdziwki), jednak każdy inny się także nada. Grzyby trochę muszą poleżeć w tej wodzie zanim jej odpowiednio nasiąkną. Jak już to zrobią, lekko je odciskamy i wylewamy wodę. Teraz ostry nóż mamy w doni i kroimy nim do woli. Bardzo drobno. Teoretycznie można to zmielić, ja jednak zamiast mielić, wolę kroić (jakoś lepiej smakuję). Do tego obieramy cebulę i kroimy ją w drobną kosteczkę.

To wszystko wrzucamy na rozgrzany olej i podsmażamy. Ja bym dodał jeszcze ze 2 ząbki drobno (!) posiekanego czosnku. Prawdopodobnie dobry by wyszło także takie jak ten farsz. Znalazłem także przepisy, które mówią o dodaniu jajka do farszu. Nie próbowałem, nie wiem czy tak jest dobrze (w sensie, że z jajkiem) więc nie będę polecał. Mówię tylko o tym w ramach dodatkowej informacji.

Jak już mamy i farsz i ciasto, to robimy następujące rzeczy. Ciasto rozwałkujemy na cienko i literatką (albo większym kieliszkiem) wycinamy. Można też inne kształty. Prześlijcie zdjęcie jak się wam uda za pomocą kieliszka wyciąć serduszko :) Do środka nakładamy sporo farszu. Na tyle dużo, żeby można było pieroga skleić i zwinąć w uszko. Im mnie ciasta tym fajniejsze. Im mniejsze tym też bardziej fajne. Jaka jest tego wada? Czas... Zdążysz się zestarzeć zanim skleisz te wszystkie uszka.

Jak składać uszka? Kółko wycięte kieliszkiem składamy na pół (w środku jest farsz) i sklejamy brzegi razem. Następnie bierzemy dwa końce pieroga (najbardziej spiczaste i sklejamy razem. Ma wyjść coś na kształt pierścienia ("Jeden, żeby wszystkimi rządzić").

Do osolonej wrzącej wody wrzucamy delikatnie uszka. Mieszamy naprawdę delikatnie od czasu do czasu, aż nie wypłyną na powierzchnie. Nie może być za dużo w garnku, bo się skleją. Jak już wypłyną to je wyciągamy na talerz (do ostygnięcia) i wrzucamy następną porcję. Jak uszka wystygną, można je zamrozić do późniejszego odgrzania.

Podawać na wigilię razem z barszczem.

W związku z tym, że zbliża się koniec roku, część z was ma przed sobą wybór OFE. O ile hasło "nie daj się wylosować!" jest dość mocno komercyjne i prawdopodobnie tak samo jak ja na nie sikacie (ciepłym moczem), to jednak warto się nad tym zastanowić. Jeśli sami wybierzemy fundusz teraz, nie będzie później kłopotu z jego zmianą. Ja wybrałem ING. I nie zrobiłem tego od tak. Przejrzałem mnóstwo rankingów - jak go wybierałem był najlepszy, teraz jest ciągle w ścisłej czołówce. Zgłoszenie jest o tyle wygodne, że nie musisz nigdzie iść. Wypełniasz wniosek, przysyłają Ci umowę, podpisujesz ją i oddajesz kurierowi. Wszystko.

Zbrudzone naczynia i nie tylko:

  • miska (w której mieszaliśmy farsz), stolnica

  • garnek

  • patelnia i deska

  • mnóstwo innych rzeczy

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Genialne bułki. Oczywiście nie z supermarketu!

Autor: koobak środa, 23 września 2009, 17:14 komentarze: (2)
Składniki:

  • 2 szklanki mąki

  • płaska łyżeczka soli i cukru

  • 25g-30g drożdży

  • łyżka oleju

  • ponad połowa szklanki ciepłej wody

  • pizduty



Przepis poraża prostotą!

Wsypać mąkę do miski, uformować zagłębienie w mące, wkruszyć świeże drożdże posłodzić zalać ciepłą wodą i zaczekać, aż ruszy (kwadrans). Dolać resztę wody, olej i sól. Zagniatamy. Ciasto musi się lekko lepić i nie może być twarde (podobnie jak na pizzę). W razie potrzeby podsypać mąką. Dodać pizduty i wgnieść je w masę. Odstawić do podwojenia objętości (czas zależy od tego, jak ciepło jest). Przerabiamy jeszcze raz delikatnie ciasto. Formujemy bułki (z tej ilości 4 sztuki to rozsądny podział), zagrzewamy piekarnik do walki (250°C), bułki niech sobie w tym czasie jeszcze podrosną ułożone na blaszce i przykryte, żeby nie pzewiało(zostawić miejsce, żeby się nie skleiły) przez około 15-20 minut. Wstawiamy do już nagrzanego piekarnika i zmniejszamy ustawienie temperatury na 200°C. Pieczemy, aż się upieką, czyli około 15 minut. Byłki przed ostatecznym wyjęciem należy sprawdzić, czy w środku są upieczone - nakłuwamy jakimś patyczkiem szaszłykowym. Jak jest suchy, to można wyjmować z pieca.

Odrobina filozofii:
*mąka: jeśli będzie pszenna, to nie uzyskamy niczego ciekawego. Polecam mix mąki pszennej z jakąś inną w stosunku 1:3. Inna mąka, to jest np. mąka razowa (z dziką satysfkacją udało mi się coś takiego dorwać) lub mąka o wysokim typie (nawet 2000)
*pizduty: otręby, ziarenka (słonecznik, dynia, siemie lniane), orzechy, zioła (kminek), bakalie (suszone owoce, solidny dodatek miodu); pizdutów objętościowo może max. 1/4 szklanki - więcej to już przesada
*wierzch bułki: proponuję naciąć nożem, żeby "równiej" się upiekła; można posmarować mlekiem, rozbełtanym jajkiem lub olejem

Zbrudzone naczynia i nie tylko:

  • miska

  • łapska

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Pierożki truskawkowe, wisienkowe, czereśniowe, "lub czasopisma"...

Autor: koobak piątek, 31 lipca 2009, 17:17 komentarze: (1)
Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom ludu (pozdrowienia dla martu), czas na letni przepis. Blog trochę zaniedbany, bo ja dopiero niedawno do internetu się podłączyłem, a misiuziu walczy z żywiołem i nawiązuje kontakty ze studentami z bratnich sąsiadów: Litwy, Rosji oraz Finlandii (kolega potem zrewiduje tą listę). Mam nadzieję, że podejrzy tajniki kuchni lokalnych studentów.

Składniki:

  • mąka

  • zimna woda

  • olej

  • jajko

  • szczypta soli

  • truskawki, wisienki, czereśnie lub inne owoce



Ciasto (proporcje): 1 kg mąki, całe jajko, łyżka oleju, szczypta soli, wody tyle, żeby zarobić ciasto. Wszystko umieszczamy w jednej misce, a następnie wyrabiamy ciasto. Ciasto należy trzymać przykryte, bo szybko wysycha, i od razu zużyć. Ciasto zrobione według takiego przepisu jest dość wytrzymałe, jeśli trzeba je naciągnąć, łatwe w sklejaniu. Po ugotowniu jest twarde (ja takie lubię), dlatego należy je cienko wałkować butelką po piwie lub innym szlachetnym trunku.

Trudno, żeby student miał tyle pieniędzy, żeby starczyło mu na zakup owoców do wyklejenia ciasta z całego kilograma, dlatego też przy robieniu ciasta z mniejszej ilości mąki jajko trza rozbełtać (dodatkowy kubek z widelcem się brudzi) i dodać odpowiednią (proporcjonalnie) ilość. A na kolację, po dodaniu kilku jajek, będziemy mieć pyszną kolację.

Owoce:
*pestek należy się pozbyć (wydrylować, co trzeba)
*kwaśne owoce - przed zaklejeniem warto dosypać do środka trochę cukru
*jabłka - używać kwaśniejszych odmian (szare renety, kwaśne papierówki), do tego dodać cukru i (znienawidzonego przez misiuziu) cynamonu
*gruszki i inne twarde owoce - wymagają dłuższego gotowania. Pierogów z gruszkami nie jadłem, ale proponuję dosypywać cukier waniliowy.
*dla udziwnienia wydaje mi się za dość ciekawe dodanie, wraz z owocem, cienko otartej skórki cytrusów (z umiarem). Skórka musi być cienko otarta, bo to białe jest bardzo gorzkie i bardzo be.

Pierogi po zaklejeniu, w oczekiwaniu na ugotowanie należy oprószyć mąką, żeby się nie przykleiły do podłoża. Gotować w lekko osolonej wodzie z dodaniem łyżki oleju przez minimum 2 minuty od wypłynięcia na powierzchnię wody.

Indżoj!

Zbrudzone naczynia i nie tylko:

  • miska

  • garnek

  • talerz



P.S. Módlcie się o porządny deszcz (najlepej nocą i przed weekendem). Żeby grzybki wyrosły. Będzie przepis. Niekoniecznie z Radomia :D Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz

Ciasto truskawkowe

Autor: koobak czwartek, 28 maja 2009, 08:53 komentarze: (3)
Składniki:

  • 2 szklanki mąki

  • 2 cukry waniliowe

  • 1/2 kostki margaryny

  • szczypta soli

  • 7 jajek

  • proszek do pieczenia

  • 1/3 + 1/2 szklanka cukru

  • kasza manna

  • mąka ziemniaczana

  • mleko

  • olej

  • 75 dag umytych, obranych z szypułek i odciekniętych z wody truskawek



Z 2 szklanek mąki, proszku do pieczenia, szczypty soli, 1/2 kostki margaryny, 1/3 szklanki cukru, sukru waniliowego, 1 całego jajka i 3 żółtek (białka odlożyć na bok) i mleka (tyle ile trzeba - nie więcej) zagnieść ciasto jak w przepisie tutaj. Ciasto wałkujemy i wykładamy blachę (tą formatu nieco większego niż A4) wraz z brzegiem (ok. 2 cm). Widelcem dziurkujemy surowy spód, żeby ładnie wyrósł i wkładamy do piekarnika (190°C䔮°C) żeby uległ podpieczeniu (ok 15 minut, ale jak zacznie pachnieć znak, że już trza by go wyjąć). W tzw. międzyczasie bierzemy wcześniej odłożone 3 białka, wybijamy białka z pozostałych 3 jajek (żółtka na jajecznicę zostają), ubijamy pianę, dodajemy łyżę oleju, pół szklanki cukru i cukier waniliowy i miksujemy jeszcze trochę do kompletnego wymieszania. Dla efektu (nie wiem jeszcz, co ze smakiem) można dodać wraz z cukrem pokruszonej gorzkiej czekolady (kruszyłem ją piłkowanym nożem do krojenia chleba starając się kroić ją na jak najcieńsze "plasterki"). Efekt wizualny murowany.
Obsypujemy truskawki mąką ziemniaczaną.
Po wyjęciu podpieczonego spodu posypujemy go po wierzchu ok. 2 łyżkami kaszy manny, wrzucamy truskawki na ciasto i przykrywamy całość pianą z białek z dodatkami. Pieczemy aż się nie upiecze (około 15-20 minut) w nieco chłodniejszym piekarniku (bo się białko z wierzchu spiecze, a w środku będzie nie bardzo).

Zbrudzone naczynia i nie tylko:

  • 3 miski

  • widelec

  • mikser

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodaj komentarz
ananas (3) aromat do ciasta (2) bagietka (3) bakalie (1) banany (2) bazylia (1) biała fasola (2) białka (1) bita śmietana (1) boczek (11) boczniak (1) bób (1) brokuły (2) brzoskwinia (1) bulion (1) bułka (5) bułka tarta (13) buraki (1) cebula (46) chili (4) chińszczyzna (1) chleb (13) chleb razowy (1) chrzan (1) ciastko (1) ciasto francuskie (3) ciemna fasola (1) cola (2) cukier (31) cukier puder (5) cukier waniliowy (6) cukierki (1) curry (2) cynamon (5) cytryna (8) czekolada biała (1) czekolada gorzka (7) czekolada mleczna (3) czereśnie (1) czerwona fasola (2) czosnek (35) drożdże (10) dżem (1) fasolka szparagowa (3) gałka muszkatołowa (1) gotowanie na kolanie (4) goździki (2) granulat sojowy (1) groszek (7) gruszka (1) grzanki (1) grzyby (2) grzyby suszone (1) herbata (2) herbatniki (2) imbir (2) jabłko (9) jajko (62) jogurt (1) jogurt grecki (1) jogurt naturalny (2) kabanosy (1) kakao (6) kalafior (1) kapusta (3) kapusta kiszona (3) kapusta pekińska (4) karkówka (1) kasza manna (5) kaszanka (1) keczup (4) kiełbasa (16) kminek (2) kolendra (2) koncentrat pomidorowy (9) konserwa (1) koper (2) korpus z kurczaka (1) kostka rosołowa (24) kotlet schabowy (1) kotlety sojowe (2) krakersy (1) krewetki (1) kukurydza (7) kurki (1) kuskus (1) liście czarnej porzeczki (1) liść laurowy (1) lód (3) lubczyk (1) łopatka (1) łosoś wędzony (1) maggi (1) majeranek (2) majonez (8) mak (1) makaron (27) marchewka (12) margaryna (8) marihuana (1) marmolada (1) masło (36) mąka (44) mięso (2) mięso mielone (8) mięta (1) migdały (1) miód (3) mleczko kokosowe (1) mleko (20) mleko w proszku (1) mozzarella (1) mózg (1) nachos (1) nać pietruszki (1) naleśniki (3) ocet (1) ocet winny (1) ogórek (5) ogórek kiszony (4) olej (75) oliwa (7) oliwki (4) oregano (1) orzechy laskowe (1) orzeszki solone (1) otręby (2) owoce (1) paluszki rybne (1) papryka (16) parówka (5) patenty (9) pieczarki (12) pieprz (9) piersi kurczaka (19) pietruszka (6) piwo (4) płatki migdałowe (2) pomarańcza (3) pomidor (17) pomidory w puszce (1) pomidory w zalewie (2) por (3) predanie (8) proszek do pieczenia (16) przyprawa gyros (2) przyprawa meksykańska (1) rodzynki (2) rozmaryn (2) rum (1) ryba (1) ryż (16) sałata (2) schab (1) seler (1) ser (19) ser feta (4) ser pleśniowy (3) serek homogenizowany (1) serek topiony (1) serek wiejski (1) sezam (1) słodzik (1) słoiki (1) słonina (1) smalec (5) soczewica (1) sok (5) sok pomarańczowy (1) sok pomidorowy (1) sos boloński (1) sos czosnkowy (1) sos pomidorowy (2) sos sałatkowy (1) sos sojowy (1) sos vinaigrette (1) sos z torebki (1) sól (11) spirytus (2) surówka (2) suszone pomidory (1) syrop wiśniowy (1) szalotka (1) szałwia (1) szczypior (2) szpinak (4) szynka (4) śledź (1) śmietana (17) śmietanka (4) śmietanka 30% (3) tabasco (1) trat pomidorowy (2) truskawki (5) tuńczyk (3) twaróg (4) tymianek (2) tzatziki (1) vegetta (1) wafle (2) warzywa (4) warzywko (4) wino (6) wino białe (1) wiórki kokosowe (1) wiśnie (4) włoszczyzna (7) woda (13) wódka (5) zacierka (1) zasmażka (2) ziemniak (19) zioła prowansalskie (2) zioło (1) zrazy sojowe (1) zupa w proszku (1) zupka chińska (2) żeberka (1) żółtko (1)
A niby kto to ma być?